Gdy wydawało się, że koniec — Bóg powiedział: zacznij na nowo
Historia Marka, który stracił pracę, wiarę w siebie i nadzieję. Jak w ciemności odkrył, że Bóg nigdy go nie opuścił. Świadectwo o mocy…
Auschwitz, lipiec 1941. Franciszek Gajowniczek krzyczy "moja żona, moje dzieci". Ksiądz, którego nawet nie znał, robi krok naprzód. To nie przypowieść, to udokumentowana historia.
Rajmund Kolbe urodził się w 1894 roku w Zduńskiej Woli. Jako franciszkanin przyjął imię Maksymilian, założył pod Warszawą klasztor Niepokalanów, który w latach 30. stał się jednym z największych ośrodków wydawniczych w Polsce, i przez kilka lat prowadził misję w Japonii. W 1941 roku Gestapo aresztowało go za ukrywanie w klasztorze uchodźców, w tym Żydów. Trafił do Auschwitz jako więzień numer 16670.
W lipcu 1941 roku z bloku, w którym przebywał Kolbe, zniknął jeden więzień. Zgodnie z obozową praktyką odwetową komendant Karl Fritzsch nakazał wybrać dziesięciu ludzi na śmierć głodową, w odwecie za ucieczkę. Wśród wybranych znalazł się Franciszek Gajowniczek, sierżant Wojska Polskiego. Gdy usłyszał swój numer, krzyknął rozpaczliwie: "Moja żona, moje dzieci!".
Z szeregu wystąpił Kolbe. Poprosił komendanta, by pozwolił mu zająć miejsce Gajowniczka. Fritzsch zapytał, kim jest. "Ksiądz katolicki", odpowiedział Kolbe. "Chcę umrzeć za niego, on ma żonę i dzieci". Zgodę wydano bez dalszych pytań, w obozie życie ludzkie nie miało wartości, więc wymiana jednego więźnia na drugiego nikogo nie poruszyła.
Skazańców zamknięto w podziemnej celi bez jedzenia i wody. Świadkowie, więźniowie sprzątający bunkier, zeznawali później, że z celi dochodziły modlitwy i śpiewy, prowadzone przez Kolbego. Po dwóch tygodniach, kiedy większość skazanych już zmarła z wycieńczenia, Kolbe wciąż żył. Obóz potrzebował miejsca dla kolejnej grupy, 14 sierpnia 1941 roku dobito go zastrzykiem fenolu. Miał 47 lat.
Gajowniczek przeżył wojnę. Jego dwaj synowie zginęli w działaniach wojennych, ale on sam wrócił do żony i dożył 1995 roku, mając 94 lata. W 1982 roku, podczas kanonizacji Kolbego przez Jana Pawła II, siedział w pierwszym rzędzie na placu Świętego Piotra. Do końca życia jeździł po świecie i opowiadał historię człowieka, który zajął jego miejsce w celi śmierci.
"Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J 15, 13)
To zdanie z Ewangelii Jana bywa czytane jako piękna metafora. W historii Kolbego i Gajowniczka przestaje być metaforą. Jeden człowiek dosłownie oddał życie za drugiego, którego wcześniej nie znał, bez gwarancji, że ktokolwiek się o tym dowie, bo w 1941 roku nikt nie planował, że ten gest przetrwa w pamięci świata osiemdziesiąt lat później.
Większość z nas nigdy nie stanie przed wyborem tak dramatycznym jak ten w Auschwitz. Ale historia Kolbego zadaje pytanie, które można zadawać sobie w mniejszej skali codziennie: gdzie w moim życiu miłość kosztuje mnie coś realnego, nie tylko dobre samopoczucie? Kolbe nie napisał traktatu o miłości bliźniego. Po prostu zrobił krok naprzód.
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje ten artykuł.
Historia Marka, który stracił pracę, wiarę w siebie i nadzieję. Jak w ciemności odkrył, że Bóg nigdy go nie opuścił. Świadectwo o mocy…
Marta straciła pracę, a jej małżeństwo wisiało na włosku. W głębokim kryzysie odkryła, że Bóg nie opuszcza nas nawet wtedy, gdy czujemy się…
Zanim napisał "Amazing Grace", przez lata dowodził statkiem przewożącym niewolników przez Atlantyk. To prawdziwa, udokumentowana historia…